I tak oto szósty odcinek trzeciego sezonu okazał się być - biorę za to pełną odpowiedzialność - najlepszym epizodem całego serialu i jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek dane było mi oglądać w ogóle. Dlaczego? O, to proste.
Egzorcyzmy, opętania, kwestia rozmnażania biontów, czyli tych na wpół baśniowych istot, wirusologia, dramat dziecka, dramat rodziny, tajemnicze spotkania rodziny królewskiej - brzmi okropnie, prawda? A jak to się oglądało, to wszystko było cholernie spójne, niesamowicie skonstruowane, pełne napięcia, przemyślane, budujące mitologię i co najważniejsze - ... autentyczne. Gdybym miał uwierzyć w świat baśniowy, to pewnie właśnie tak by wyglądał. Idealny splot nauki, wierzeń, zabobonów i prawdziwych ludzkich emocji. Niesamowity odcinek!
A swoistą truskawką (nie lubię wiśni, a w szczególności wisienek) na torcie była ostatnia scena, w której to Nick spisuje historię, która przed chwilą się wydarzyła, tym samym uczestnicząc w odwiecznym rytuale przekazywania wiedzy przyszłym pokoleniom Grimmów. Prosty zabieg, ale jakże artystycznie udany i satysfakcjonujący. Gdyby taka scena kończyła cały serial, byłbym równie zachwycony, a tutaj mamy ją jako zwieńczenie odcinka jednego z wielu, nieprawdopodobne!
Oczywiście, jeśli by ktoś spróbował obejrzeć ten epizod nie oglądając żadnego z wcześniejszych, na pewno nie odbierze go tak "mocno" jak ja, ale też podejrzewam, że będzie zaskoczony, jak w 41 minutach zmieścić tyle tematów, a przy tym nie popaść w banał, kicz, chaos
