Zmęczona Greysami odpaliłam sobie niedawno komedię "Grace i Frankie" - już sam gatunek mówi, jak bardzo byłam zdesperowana, bo nie lubię takich rzeczy

Gdzieś tam miałam niejasne przebłyski, że znajomi zachwalali, że Zwierz o tym pisał, więc stwierdziłam - a, raz Nazgulowi śmierć - i odpaliłam pierwszy odcinek. A potem następny i następny. Przygody dwóch starszych pań, długoletnich znajomych [lecz bez jakiejś specjalnej zażyłości - panie niezbyt się lubią], których mężowie po 40 latach małżeństwa oświadczają, że oto od nich odchodzą, by żyć ze sobą - sami przyznacie, że niezła bomba

Co przywiązało mnie do tego serialu? Chyba to, że jest tak cudownie życiowy - choć oczywiście w polskich warunkach wszystko wyglądałoby inaczej - nie jest idealny i nie pokazuje przekłamanej wizji starszych osób. Grace i Frankie odchowały swe dzieci [choć dzieci mimo dorosłego wieku wciąż zachowują się jak małe], realizują swe pasje bez oglądania się na innych - świadome, że czasu zostało im coraz mniej, że grono przyjaciół z dnia na dzień się wykrusza, że ciało, choć gibkie i zadbane, powoli zaczyna odmawiać posłuszeństwa i domagać się zwolnienia tempa. Jest w nich pewien głód - głód życia, taka zachłanność, by czegoś jeszcze doznać, być, znaczyć coś - a nie powoli odchodzić w niebyt. I ten właśnie wątek chyba najbardziej mnie dotknął.
Generalnie - bardzo gorąco polecam.