
I nadszedł w końcu dzień protestu. Dzień, w którym mieliśmy dać wyraz naszemu oburzeniu na rząd polski, który chciał podpisać ACTA i spowodować wytrącenie Ziemi z jej dotychczasowej orbity. Byłem gotowy na wszystko.
Wcześniej tego dnia napisałem na fejsbuku: Donald Tusk to Debil. Co prawda nie opublikowałem tego, ale i tak było niebezpiecznie. Oni już mają sposoby, by wychwytywać nawet próby takich komentarzy.
W pobliskim sklepie o wdzięcznej nazwie "Rusałka" zakupiłem:
10 puszek z mielonką wrocławską - smacznie i zdrowo,
5 rolek papieru toaletowego - w razie czego zastąpi bandaż,
latarkę na korbkę - na pewno wyłączą prąd
oraz 2 flaszki wódki - bez żadnego powodu.
W domu zabarykadowałem drzwi wypełnionym po brzegi koszem na pranie. Bydlę waży ze 30 kilo, bez semtexu nie wejdą. Zrobiłem pełen blackout, wygaszając wszystkie światła. Wyłączyłem nawet moją nową lodówkę, klasa A++. Sama robi lód, formując go w wymyślne kształty. Sama łączy się ze sklepem, informując czego mi brak - ot taki mały prywatny szpicel. No to jak jest furtka w jedną stronę, to pewnie działa i w drugą. Jeszcze prześlą mi systemem zero-jedynkowym bandę komandosów z GROM-u czy innego pioruna, dojdzie do zwarcia i pożar gotowy.
Przy okazji stwierdziłem, że taka lodówka to całkiem niezły sejf. Wkitrałem więc tam wszystkie cenniejsze rzeczy w domu. Zamknąłem na kluczyk i na wszelki wypadek go połknąłem, żeby nie kusiło po pijaku tam grzebać.
Uzbroiłem się w kij od mopa i zacząłem nocne czuwanie.
Od razu się okazało, że ta latarka to jedna wielka ściema, i to dosłownie. Świeciła tylko, jak się kręciło. Gdy przestawałeś, ogarniały cię ciemności. Spróbuj teraz otworzyć nożem konserwę, jednocześnie kręcąc korbką i nie urżnij sobie przy tym niczego istotnego.
Udało się po 20 próbie, ale połowę mielonki miałem na sobie. Ledwo się zaczęło, a już wyglądało, jakbym dostał postrzał w brzuch.
Nagle zaczęła dzwonić komórka. Tak się wystraszyłem, że z tego wszystkiego zacząłem nakręcać konserwę i mało się latarką nie udławiłem, machinalnie pakując ją do paszczy. Okazało się, że to moja luba:
- Słoneczko, jesteś jutro wolny?
- NIE! Jutro jestem kurewsko szybki i nie dzwoń do mnie więcej, babo, bo mnie namierzą i jeszcze pieprzną mi tu granatem.
Rozłączyłem się gniewnie. Kobiety na wojnie są tak potrzebne jak plaster po ataku napalmem. Se go możesz na koniec przykleić na pieczyste.
Zirytowany odbiłem flaszkę i popijając z wolna, co jakiś czas "paczałem" przez judasza czy nie idą.
O dziwo nie szli. Widać mieli daleko. Przeszedł za to pijany w trzy dupy sąsiad - miałem go nawet wołać, ale nie chciało mi się znów targać tego pieruńskiego kosza. Przeszedł skundlony pies pani Grzybarczyk z naprzeciwka. Przy okazji odkryłem, czemu moja wycieraczka wiecznie capi moczem. Ale tak poza tym to nuuuda, że se z rozpaczy można złamać palec od zbyt intensywnego grzebania w dupie.
Gdzieś tak przy drugiej flaszce zrobiło się jednak jakoś fajniej. Kij od mopa produkcji chińskiej stał się bardziej rozmowny i zaczął mi się zwierzać. Nawet nie wiedziałem, że zostawił dzieci tam w domu i przyjechał tu sprzątać za chlebem. Ja mu się zrewanżowałem opowieścią o moim kumplu, który chwalił się, że układa kostkę Rubika w 60 sekund. I faktycznie to udowodnił. Ot, takie drobne zalety bycia daltonistą.
Tak zleciała mi pierwsza noc oblężenia. Miałem dziś iść do pracy, ale olałem. Teraz jest już jasno, a ja sobie siedzę i próbuję odzyskać kluczyk do kłódki na lodówce. To nie jest miłe zajęcie. Gorzej jednak, że jeśli protest się przedłuży, to na wieczór znowu będę musiał go połknąć... eee, gówniana sprawa.
A dla Loodki - koszyk granatów... albo kiwi.