Nowe filmy, których możemy się spodziewać.
-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- youtube Warszawa
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
DREAM HOUSE
Zawsze zazdrościłem ludziom, którzy naprawdę boją się oglądając horrory. Oczywiście, jako dzieciak drżałem jak osika, przy co straszniejszych scenach, ale niestety, to już się gdzieś we mnie wypaliło i teraz w trakcie seansu wyglądam jak manekin. Inna sprawa, że przez ostatnie 20 lat gatunek horroru poszedł w kompletnie niezrozumiałym dla mnie kierunku. Coraz mni...ej jest tu umiejętnego budowania nastroju w oparciu o irracjonalny lęk, a coraz więcej brutalnej dosłowności, która nie tyle straszy, co powoduje obrzydzenie. Na szczęście tendencja zdaje się odwracać i w tym roku pojawiły się produkcje, w których widać wyraźny powrót do klasycznych schematów straszenia.
W weekend byłem sam w domu i tuż przed snem zgasiłem światełko i zapuściłem sobie nowy horror, "Insidious", mając nadzieję, że chociaż trochę mnie zainteresuje i pozwoli się rozerwać. No cóż, pozwolił. Normalnie mało się nie posrałem ze strachu, a telepało mną tak bardzo, że aż dziw, że się z łóżkiem nie przebiłem do sąsiada. Zresztą jak go z rana mijałem na klatce, to puścił do mnie porozumiewawcze oczko, a jego żona aż zaśliniła się na mój widok. Później sobie uświadomiłem, że film trwał prawie 2 godziny, a to ze wszech miar imponujący wynik, jeśli to stukanie wzięli za coś innego. Boże, mam nadzieję, że nigdy się nie dowiedzą, że byłem wtedy sam w łóżku.
Na początek przyszłego roku planowana jest premiera innego filmu, który również będzie odwołaniem do starej szkoły kina grozy, a sądząc po trailerze ma dużą szanse przywrócić świetność temu gatunkowi. W rolach głównych zobaczymy Daniela Craiga, tym razem bez bondowskich gadżetów, Rachel Weisz oraz Naomi Watts. Ciekawostką jest, że to podczas kręcenia tego filmu Daniel i Rachel postanowili się pobrać. (O Matko, zaczynam brzmieć jak pudelek) Jednak to nie obsada, a postać reżysera jest tu najciekawsza. Jim Sheridan, to irlandzki twórca, znany głównie ze swoich mocno lewicowych poglądów, kręcący do tej pory kino społecznie i politycznie zaangażowane, m.in. "Moja lewa stopa", "W imię ojca" oraz "Bracia". Ciekawe, jak mu pójdzie ze straszeniem?
TRAILER: http://www.youtube.com/embed/nIeMYPfnST0
A dla Moni - Śliczne, złote trzewiki, takie bajkowe, a nie jakieś chińskie podróby.
Zawsze zazdrościłem ludziom, którzy naprawdę boją się oglądając horrory. Oczywiście, jako dzieciak drżałem jak osika, przy co straszniejszych scenach, ale niestety, to już się gdzieś we mnie wypaliło i teraz w trakcie seansu wyglądam jak manekin. Inna sprawa, że przez ostatnie 20 lat gatunek horroru poszedł w kompletnie niezrozumiałym dla mnie kierunku. Coraz mni...ej jest tu umiejętnego budowania nastroju w oparciu o irracjonalny lęk, a coraz więcej brutalnej dosłowności, która nie tyle straszy, co powoduje obrzydzenie. Na szczęście tendencja zdaje się odwracać i w tym roku pojawiły się produkcje, w których widać wyraźny powrót do klasycznych schematów straszenia.
W weekend byłem sam w domu i tuż przed snem zgasiłem światełko i zapuściłem sobie nowy horror, "Insidious", mając nadzieję, że chociaż trochę mnie zainteresuje i pozwoli się rozerwać. No cóż, pozwolił. Normalnie mało się nie posrałem ze strachu, a telepało mną tak bardzo, że aż dziw, że się z łóżkiem nie przebiłem do sąsiada. Zresztą jak go z rana mijałem na klatce, to puścił do mnie porozumiewawcze oczko, a jego żona aż zaśliniła się na mój widok. Później sobie uświadomiłem, że film trwał prawie 2 godziny, a to ze wszech miar imponujący wynik, jeśli to stukanie wzięli za coś innego. Boże, mam nadzieję, że nigdy się nie dowiedzą, że byłem wtedy sam w łóżku.
Na początek przyszłego roku planowana jest premiera innego filmu, który również będzie odwołaniem do starej szkoły kina grozy, a sądząc po trailerze ma dużą szanse przywrócić świetność temu gatunkowi. W rolach głównych zobaczymy Daniela Craiga, tym razem bez bondowskich gadżetów, Rachel Weisz oraz Naomi Watts. Ciekawostką jest, że to podczas kręcenia tego filmu Daniel i Rachel postanowili się pobrać. (O Matko, zaczynam brzmieć jak pudelek) Jednak to nie obsada, a postać reżysera jest tu najciekawsza. Jim Sheridan, to irlandzki twórca, znany głównie ze swoich mocno lewicowych poglądów, kręcący do tej pory kino społecznie i politycznie zaangażowane, m.in. "Moja lewa stopa", "W imię ojca" oraz "Bracia". Ciekawe, jak mu pójdzie ze straszeniem?
TRAILER: http://www.youtube.com/embed/nIeMYPfnST0
A dla Moni - Śliczne, złote trzewiki, takie bajkowe, a nie jakieś chińskie podróby.


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
1920 - BITWA WARSZAWSKA
Muszę powiedzieć, że jestem mocno polski. Prawdziwy "El Polaco". Mam sentyment do łanów zboża falujących na wietrze, do klekotu bociana z dziobem czerwonym z przepicia. Lubię założyć białe skarpetki do sandałów i, podkręcając wąsa, wychędożyć bosonogą dziołchę z warkoczem. A nade wszystko uwielbiam usiąść z przyjaciółmi w pięknych okolicznościach przyrody i walnąć flaszkę z gwinta. Motylki nam latają nad głowami, a życie umila świergot ptaków. Znaczy, z tym świergotem to może przesadziłem. Mieszkam w Warszawie, a tu ptaszki raczej odcharkują flegmę, ale i tak bywa pięknie.
Najważniejszym aspektem polskości jest jednak ten moment, gdy owijamy się flagą i zaczynamy snuć historyczne wspomnienia. Ze łzami w oczach opowiadając o ciężkich czasach wszelkiej maści okupacji lub dumnie wypinając pierś, przypominać o militarnych sukcesach polskiego oręża.
"Cud na Wisłą" do takich sukcesów niewątpliwie się zalicza. Bądź co bądź, samotnie zatrzymaliśmy galopujący komunizm. Teraz będziemy mogli przeżyć te chwile jeszcze intensywniej, a to za sprawą filmu "1920. Bitwa Warszawska". Budżet tej produkcji wyniósł prawie 30 milionów, a za kamerą posadzono Sławomira Idziaka, hollywoodzkiego speca od widowiskowych superprodukcji.
Obejrzawszy trailer muszę przyznać, że wizualnie wygląda to bardzo efektownie. Jest jednak małe ale. Tak jak o patriotyzmie powinny świadczyć czyny, a nie słowa, tak i przy kręceniu tego rodzaju kina o miłości do ojczyzny czy poświęceniu powinien świadczyć obraz, a nie dialogi. Niestety bardzo rzadko się zdarza, by twórcy umieli zachować przy tym chłodny dystans i już mi zaczynają krwawić dziąsła na myśl, ile tu będziemy musieli się nasłuchać frazesów, drętwych gadek i patetycznych przemówień.
Wiem, wiem, moje narzekanie jest nie na miejscu. To prawie świętokradztwo, bo pewnych wartości nie powinno się krytykować i czuję się fatalnie z tym swoim fatalizmem. Równie dobrze mógłbym zerżnąć delfina albo napluć w gębę jelonkowi Bambi, ale tak już mam i koniec. Mogę w obronie ojczyzny z gołymi pięściami rzucić się na czołg, ale patosu, kurna, "nie zniesę".
Trailer
A dla Loodki - doczepiany warkoczy, co by się załapała do grona bosonogich dziołch.
Muszę powiedzieć, że jestem mocno polski. Prawdziwy "El Polaco". Mam sentyment do łanów zboża falujących na wietrze, do klekotu bociana z dziobem czerwonym z przepicia. Lubię założyć białe skarpetki do sandałów i, podkręcając wąsa, wychędożyć bosonogą dziołchę z warkoczem. A nade wszystko uwielbiam usiąść z przyjaciółmi w pięknych okolicznościach przyrody i walnąć flaszkę z gwinta. Motylki nam latają nad głowami, a życie umila świergot ptaków. Znaczy, z tym świergotem to może przesadziłem. Mieszkam w Warszawie, a tu ptaszki raczej odcharkują flegmę, ale i tak bywa pięknie.
Najważniejszym aspektem polskości jest jednak ten moment, gdy owijamy się flagą i zaczynamy snuć historyczne wspomnienia. Ze łzami w oczach opowiadając o ciężkich czasach wszelkiej maści okupacji lub dumnie wypinając pierś, przypominać o militarnych sukcesach polskiego oręża.
"Cud na Wisłą" do takich sukcesów niewątpliwie się zalicza. Bądź co bądź, samotnie zatrzymaliśmy galopujący komunizm. Teraz będziemy mogli przeżyć te chwile jeszcze intensywniej, a to za sprawą filmu "1920. Bitwa Warszawska". Budżet tej produkcji wyniósł prawie 30 milionów, a za kamerą posadzono Sławomira Idziaka, hollywoodzkiego speca od widowiskowych superprodukcji.
Obejrzawszy trailer muszę przyznać, że wizualnie wygląda to bardzo efektownie. Jest jednak małe ale. Tak jak o patriotyzmie powinny świadczyć czyny, a nie słowa, tak i przy kręceniu tego rodzaju kina o miłości do ojczyzny czy poświęceniu powinien świadczyć obraz, a nie dialogi. Niestety bardzo rzadko się zdarza, by twórcy umieli zachować przy tym chłodny dystans i już mi zaczynają krwawić dziąsła na myśl, ile tu będziemy musieli się nasłuchać frazesów, drętwych gadek i patetycznych przemówień.
Wiem, wiem, moje narzekanie jest nie na miejscu. To prawie świętokradztwo, bo pewnych wartości nie powinno się krytykować i czuję się fatalnie z tym swoim fatalizmem. Równie dobrze mógłbym zerżnąć delfina albo napluć w gębę jelonkowi Bambi, ale tak już mam i koniec. Mogę w obronie ojczyzny z gołymi pięściami rzucić się na czołg, ale patosu, kurna, "nie zniesę".
Trailer
A dla Loodki - doczepiany warkoczy, co by się załapała do grona bosonogich dziołch.


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
THE RAID
Przyznać to muszę, jestem twardy. I to tak twardy, że nawet się nie schylam, nie kiwam, tylko stoję. No chyba że ktoś mnie położy, to wtedy leżę, ale się nie podnoszę. Taki jestem, kurna, twardy. Ja nawet do kibla nie wejdę, nie wrzuciwszy tam najpierw paru granatów, a potem nie sprzątam. Twardziele nie używają mopa, chyba że akurat czyszczą sobie zęby.
Ale niestety są ode mnie twardsi...
Elitarna jednostka indonezyjskiej policji dostaje bojowe zadanie. Trzeba spacyfikować pewien blok mieszkalny w centrum Jakarty, który jest siedzibą jednego z narkotykowych lordów. Niestety nie wszystko idzie po myśli stróżów prawa i coś, co miało być błyskawicznym atakiem z zaskoczenia, zamienia się w brutalną walkę o każde piętro budynku.
W Sieci pojawiło się wiele entuzjastycznych recenzji. Podobno to najlepszy film akcji od lat, który dodatkowo charakteryzuje się niespotykaną brutalnością. Zresztą sam trailer oznaczono już czerwonym ostrzeżeniem i muszę przyznać, że nie bez powodu. Czeka nas widowisko obfitujące w spektakularne strzelaniny, walki na noże, pięści, pałeczki do ryżu i Bóg wie co jeszcze, a to wszystko w stylu Silat - malezyjskiej sztuce walk, której filozofia opiera się na błyskawicznym zdewastowaniu przeciwnika.
Szczerze mówiąc, czekam na ten film z utęsknieniem. Podoba mi się to, że twórcy nie bawią się tu w jakieś nadmierne komplikowanie scenariusza. To ma być kino czysto rozrywkowe z niebanalną choreografią walk, a już od bardzo dawna czegoś takiego nie oglądałem. Muzykę do filmu stworzył Mike Shinoda - członek zespołu Linkin Park.
Trailer
A dla Loodki - Moje twarde serce wojownika
Przyznać to muszę, jestem twardy. I to tak twardy, że nawet się nie schylam, nie kiwam, tylko stoję. No chyba że ktoś mnie położy, to wtedy leżę, ale się nie podnoszę. Taki jestem, kurna, twardy. Ja nawet do kibla nie wejdę, nie wrzuciwszy tam najpierw paru granatów, a potem nie sprzątam. Twardziele nie używają mopa, chyba że akurat czyszczą sobie zęby.
Ale niestety są ode mnie twardsi...
Elitarna jednostka indonezyjskiej policji dostaje bojowe zadanie. Trzeba spacyfikować pewien blok mieszkalny w centrum Jakarty, który jest siedzibą jednego z narkotykowych lordów. Niestety nie wszystko idzie po myśli stróżów prawa i coś, co miało być błyskawicznym atakiem z zaskoczenia, zamienia się w brutalną walkę o każde piętro budynku.
W Sieci pojawiło się wiele entuzjastycznych recenzji. Podobno to najlepszy film akcji od lat, który dodatkowo charakteryzuje się niespotykaną brutalnością. Zresztą sam trailer oznaczono już czerwonym ostrzeżeniem i muszę przyznać, że nie bez powodu. Czeka nas widowisko obfitujące w spektakularne strzelaniny, walki na noże, pięści, pałeczki do ryżu i Bóg wie co jeszcze, a to wszystko w stylu Silat - malezyjskiej sztuce walk, której filozofia opiera się na błyskawicznym zdewastowaniu przeciwnika.
Szczerze mówiąc, czekam na ten film z utęsknieniem. Podoba mi się to, że twórcy nie bawią się tu w jakieś nadmierne komplikowanie scenariusza. To ma być kino czysto rozrywkowe z niebanalną choreografią walk, a już od bardzo dawna czegoś takiego nie oglądałem. Muzykę do filmu stworzył Mike Shinoda - członek zespołu Linkin Park.
Trailer
A dla Loodki - Moje twarde serce wojownika


-
kain_b
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 3129
- Rejestracja: 24 listopada 2007, 00:31
- Lokalizacja: unknown
-
Lisu11
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 1545
- Rejestracja: 24 grudnia 2007, 13:59
- Płeć: Mężczyzna
- Lokalizacja: Wr
-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
PREMIUM RUSH
Jestem mistrzem jazdy na rowerze. Potrafię go złożyć i rozłożyć w mniej niż 30 sekund. Nie straszna mi żadna pogoda, ani żadna nawierzchnia. Kręcę bączki i ósemki, a i zdrowej osiemnastce nie przepuszczę. Jak się rozpędzę, to nic nie jest w stanie mnie zatrzymać. Jeżdżę bez trzymanki i do tyłu. Z kierownicą i bez. Z siodełkiem i... nie no, zawsze z siodełkiem. Z taką pasją depczę po pedałach, że przeciętny homofob to przy mnie pizduś glancuś. I to wszystko na rowerze treningowym, ale od czegoś trzeba zacząć.
Ekstremalne popisy nowojorskich kurierów, pędzących bez opamiętania po zatłoczonych ulicach, wszystkie te uniki między rozpędzonymi samochodami, przepychanki z wkurzonymi taksówkarzami i tłumem ogłupiałych piechurów, to ze wszech miar wdzięczny temat na film. a tu jeszcze pedałować będzie dla nas Joseph Gordon-Levitt, któremu dostarczenie pewnej tajemniczej przesyłki przysporzy nie lada kłopotów.
Trailer wygląda bardzo obiecująco, ale na film musimy zaczekać do stycznia 2012r.
Jestem mistrzem jazdy na rowerze. Potrafię go złożyć i rozłożyć w mniej niż 30 sekund. Nie straszna mi żadna pogoda, ani żadna nawierzchnia. Kręcę bączki i ósemki, a i zdrowej osiemnastce nie przepuszczę. Jak się rozpędzę, to nic nie jest w stanie mnie zatrzymać. Jeżdżę bez trzymanki i do tyłu. Z kierownicą i bez. Z siodełkiem i... nie no, zawsze z siodełkiem. Z taką pasją depczę po pedałach, że przeciętny homofob to przy mnie pizduś glancuś. I to wszystko na rowerze treningowym, ale od czegoś trzeba zacząć.
Ekstremalne popisy nowojorskich kurierów, pędzących bez opamiętania po zatłoczonych ulicach, wszystkie te uniki między rozpędzonymi samochodami, przepychanki z wkurzonymi taksówkarzami i tłumem ogłupiałych piechurów, to ze wszech miar wdzięczny temat na film. a tu jeszcze pedałować będzie dla nas Joseph Gordon-Levitt, któremu dostarczenie pewnej tajemniczej przesyłki przysporzy nie lada kłopotów.
Trailer wygląda bardzo obiecująco, ale na film musimy zaczekać do stycznia 2012r.


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
CORIOLANUS
Koriolan to jedna z mniej znanych i rzadziej wystawianych tragedii Szekspira. W przeciwieństwie do pozostałych utworów tego autora tu nie znajdziemy wątków humorystycznych. To dość mroczna i mocno polityczna historia rzymskiego generała Gnejusza Marcjusza - legendarnej postaci z wczesnych dziejów Rzymu.
Gnejusz jest od początku do końca antypatycznym bohaterem. Nieprzeniknionym, odizolowanym i mocno zamkniętym w sobie. Doskonały wojownik i strateg, którego kochali zwykli żołnierze, ale przy tym ogromnie zarozumiały, arogancki i porywczy człowiek. Jego duma i niechęć do kompromisów często doprowadza do konfliktów, których można było uniknąć. O ile takie cechy u generała nie są jakąś wielką szkodą, to w momencie, gdy Gnejusz zostaje politykiem, szybko doprowadzają do tragedii, wybuchu buntu i oblężenia Rzymu.
Utwór można odebrać jako swoistą dywagację nad zaletami i wadami rządów ludu, a autokratyzmem.
Teraz za sprawą filmu "Coriolanus" będziemy mogli zmierzyć się z tym utworem w interpretacji Ralpha Fiennesa. To debiut tego aktora jako reżysera. Ralph postanowił uwspółcześnić historię i umieścić jej akcję w czasach obecnych, gdzieś w jakimś nienazwanym kraju. To ciekawy zabieg, choć nie pierwszy raz stosowany.
Najciekawszym wątkiem w filmie będzie zapewne relacja Gnejusza z Aufidjuszem, wodzem dzikich Wolosków - w tej roli Gerard Butler, który wygląda tu trochę jak Król Leonidas z filmowej ekranizacji komiksu "300". Najpierw zaciekli wrogowie, później, już po banicji głównego bohatera, połączą siły w walce z Rzymem.
Czy taka wersja tej szekspirowskiej tragedii będzie bardziej zjadliwa od oryginału? Myślę, że tak. Patrząc na trailer, widać, że Ralph postarał się, by film miał odpowiedni poziom widowiskowości i nie stał się tylko nudną tyradą o niedoskonałości demokracji. Gdzie do decydowaniu o losach państwa dopuszczany jej plebs, a nie jednostki wybitne. Jakież to aktualne!
~ Dzięki Loodeczko
Koriolan to jedna z mniej znanych i rzadziej wystawianych tragedii Szekspira. W przeciwieństwie do pozostałych utworów tego autora tu nie znajdziemy wątków humorystycznych. To dość mroczna i mocno polityczna historia rzymskiego generała Gnejusza Marcjusza - legendarnej postaci z wczesnych dziejów Rzymu.
Gnejusz jest od początku do końca antypatycznym bohaterem. Nieprzeniknionym, odizolowanym i mocno zamkniętym w sobie. Doskonały wojownik i strateg, którego kochali zwykli żołnierze, ale przy tym ogromnie zarozumiały, arogancki i porywczy człowiek. Jego duma i niechęć do kompromisów często doprowadza do konfliktów, których można było uniknąć. O ile takie cechy u generała nie są jakąś wielką szkodą, to w momencie, gdy Gnejusz zostaje politykiem, szybko doprowadzają do tragedii, wybuchu buntu i oblężenia Rzymu.
Utwór można odebrać jako swoistą dywagację nad zaletami i wadami rządów ludu, a autokratyzmem.
Teraz za sprawą filmu "Coriolanus" będziemy mogli zmierzyć się z tym utworem w interpretacji Ralpha Fiennesa. To debiut tego aktora jako reżysera. Ralph postanowił uwspółcześnić historię i umieścić jej akcję w czasach obecnych, gdzieś w jakimś nienazwanym kraju. To ciekawy zabieg, choć nie pierwszy raz stosowany.
Najciekawszym wątkiem w filmie będzie zapewne relacja Gnejusza z Aufidjuszem, wodzem dzikich Wolosków - w tej roli Gerard Butler, który wygląda tu trochę jak Król Leonidas z filmowej ekranizacji komiksu "300". Najpierw zaciekli wrogowie, później, już po banicji głównego bohatera, połączą siły w walce z Rzymem.
Czy taka wersja tej szekspirowskiej tragedii będzie bardziej zjadliwa od oryginału? Myślę, że tak. Patrząc na trailer, widać, że Ralph postarał się, by film miał odpowiedni poziom widowiskowości i nie stał się tylko nudną tyradą o niedoskonałości demokracji. Gdzie do decydowaniu o losach państwa dopuszczany jej plebs, a nie jednostki wybitne. Jakież to aktualne!
~ Dzięki Loodeczko


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
THE GREY
<Czy to głosy w mojej głowie... ?>
- Te, Najphil, napisz coś.
- Odpitol się, nic ci, kurna, pisać nie będę. Zarobiony jestem.
- Ale już dawno nic nie pisałeś, chcesz zardzewieć, tak jak to było z twoim piciem? Przez tydzień się powstrzymywałeś, a jak w końcu dorwałeś się do gwinta, to od razu zgasłeś na dziecięcej zjeżdżalni z głową w dół.
- To nie przez alkohol, po prostu źle wyszedłem z progu. Miał być rekord skoczni tylko jakiś baran źle mi posmarował.
- Posmarował ci dobrze, tylko niepotrzebnie się tam pchałeś w płetwach.
<... nie, to tylko Loodka>
Jednym z tych filozoficznych pytań, które od dawna mnie dręczą, jest to, czy lepiej by było zagrać w rosyjską ruletkę, czy w rozbieranego pokera na lodzie. Mróz mnie trochę przeraża, nawet ten filmowy. Może dlatego, że w dzieciństwie usiadłem gołą dupą na sopel.
Bohaterowie filmu "The Grey" mają naprawdę przesrane. Ich samolot rozbija się gdzieś na Alasce. Dzika tundra, przeraźliwe zimno i cholernie daleko do domu. A jakby tego było mało, ich śladem podąża wataha wygłodniałych wilków. Na szczęście ci, co przeżyli, to nie jakieś lalusie w garniturach, tylko twarda ekipa pracująca przy rurociągu. Panowie z niejednego pieca chleb jedli, z niejednego niedomytego kufla piwka kosztowali, a na dodatek za przywódcę mają Liama Neesona - a z tego pana to dopiero kawał twardego skurczybyka.
Klasyczne survivalowe kino przeżywa renesans i może dobrze. Matka natura potrafi być zołzą i dać ludziom w kość, bez potrzeby uciekania się do zmutowanych wojowników ninja czy jakichś lodowych potworów z Pierdzi Centauri. Jedyny problem w tym, że słodkie panie z WWF znowu będą załamywać ręce, bo całą ich kampanię na rzecz odczarowania złego wizerunku wilka będzie można o kant dupy potłuc. No cóż, mógł nie wpierdzielać babci Czerwonemu kapturkowi, byłby spokój.
Film wyreżyserował Joe Carnahan, a to nieźle wróży, bo jego "Ticker" był świetny.
A dla Loodki - Strój Czerwonego Kapturka, a ja porobię za wielkiego, złego wilczka, wrrr...
<Czy to głosy w mojej głowie... ?>
- Te, Najphil, napisz coś.
- Odpitol się, nic ci, kurna, pisać nie będę. Zarobiony jestem.
- Ale już dawno nic nie pisałeś, chcesz zardzewieć, tak jak to było z twoim piciem? Przez tydzień się powstrzymywałeś, a jak w końcu dorwałeś się do gwinta, to od razu zgasłeś na dziecięcej zjeżdżalni z głową w dół.
- To nie przez alkohol, po prostu źle wyszedłem z progu. Miał być rekord skoczni tylko jakiś baran źle mi posmarował.
- Posmarował ci dobrze, tylko niepotrzebnie się tam pchałeś w płetwach.
<... nie, to tylko Loodka>
Jednym z tych filozoficznych pytań, które od dawna mnie dręczą, jest to, czy lepiej by było zagrać w rosyjską ruletkę, czy w rozbieranego pokera na lodzie. Mróz mnie trochę przeraża, nawet ten filmowy. Może dlatego, że w dzieciństwie usiadłem gołą dupą na sopel.
Bohaterowie filmu "The Grey" mają naprawdę przesrane. Ich samolot rozbija się gdzieś na Alasce. Dzika tundra, przeraźliwe zimno i cholernie daleko do domu. A jakby tego było mało, ich śladem podąża wataha wygłodniałych wilków. Na szczęście ci, co przeżyli, to nie jakieś lalusie w garniturach, tylko twarda ekipa pracująca przy rurociągu. Panowie z niejednego pieca chleb jedli, z niejednego niedomytego kufla piwka kosztowali, a na dodatek za przywódcę mają Liama Neesona - a z tego pana to dopiero kawał twardego skurczybyka.
Klasyczne survivalowe kino przeżywa renesans i może dobrze. Matka natura potrafi być zołzą i dać ludziom w kość, bez potrzeby uciekania się do zmutowanych wojowników ninja czy jakichś lodowych potworów z Pierdzi Centauri. Jedyny problem w tym, że słodkie panie z WWF znowu będą załamywać ręce, bo całą ich kampanię na rzecz odczarowania złego wizerunku wilka będzie można o kant dupy potłuc. No cóż, mógł nie wpierdzielać babci Czerwonemu kapturkowi, byłby spokój.
Film wyreżyserował Joe Carnahan, a to nieźle wróży, bo jego "Ticker" był świetny.
A dla Loodki - Strój Czerwonego Kapturka, a ja porobię za wielkiego, złego wilczka, wrrr...


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
CHRONICLE
"Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność" - zdanie to wypowiada jeden z młodych superbohaterów i większość filmów kręci wokół tego wątku. Pomagaj ludziom, walcz ze złem. Załóż obcisłe rajtuzy, mów niskim ochrypłym głosem i znajdź sobie chwytliwy tekst, którym będziesz mógł rzucać po skopaniu tyłków przestępcom.
Ale we współczesnym świecie wszelkie moralne normy i zasady są palcem na wodzie pisane. Film w bardziej realistyczny sposób próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądałyby losy nastolatków z supermocami.
Trójka przyjaciół ze szkoły znajduje artefakt, który obdarza ich niezwykłymi umiejętnościami. Od tej chwili ich życie to jedna wielka zabawa, popisywanie się, robienie kawałów i wykorzystywanie swoich mocy, by rozbierać panienki. Nie czepiam się, sam bym tak robił. Jak łatwo się domyślić, to beztroskie życie szybko się kończy, gdy jeden z nich powoduje tragiczny wypadek. Konsekwencje tego czynu są dla nich okrutne, a próby ratowania sytuacji pogrążają ich coraz bardziej w spirali przemocy, bólu i cierpienia, które powoli wymyka się spod kontroli nawet ich nadprzyrodzonych możliwości.
Film jest nakręcony w stylu mockumentary, czyli fikcji udającej film dokumentalny. Ten zabieg wydaje się tu jak najbardziej na miejscu, bo podkreśla i czyni wiarygodniejszym dramat bohaterów. Można to też potraktować jako specyficzną próbę ukazania narodzin Superzłoczyńców.
Dla mnie pozycja obowiązkowa.
"Z wielką mocą wiąże się wielka odpowiedzialność" - zdanie to wypowiada jeden z młodych superbohaterów i większość filmów kręci wokół tego wątku. Pomagaj ludziom, walcz ze złem. Załóż obcisłe rajtuzy, mów niskim ochrypłym głosem i znajdź sobie chwytliwy tekst, którym będziesz mógł rzucać po skopaniu tyłków przestępcom.
Ale we współczesnym świecie wszelkie moralne normy i zasady są palcem na wodzie pisane. Film w bardziej realistyczny sposób próbuje odpowiedzieć na pytanie, jak wyglądałyby losy nastolatków z supermocami.
Trójka przyjaciół ze szkoły znajduje artefakt, który obdarza ich niezwykłymi umiejętnościami. Od tej chwili ich życie to jedna wielka zabawa, popisywanie się, robienie kawałów i wykorzystywanie swoich mocy, by rozbierać panienki. Nie czepiam się, sam bym tak robił. Jak łatwo się domyślić, to beztroskie życie szybko się kończy, gdy jeden z nich powoduje tragiczny wypadek. Konsekwencje tego czynu są dla nich okrutne, a próby ratowania sytuacji pogrążają ich coraz bardziej w spirali przemocy, bólu i cierpienia, które powoli wymyka się spod kontroli nawet ich nadprzyrodzonych możliwości.
Film jest nakręcony w stylu mockumentary, czyli fikcji udającej film dokumentalny. Ten zabieg wydaje się tu jak najbardziej na miejscu, bo podkreśla i czyni wiarygodniejszym dramat bohaterów. Można to też potraktować jako specyficzną próbę ukazania narodzin Superzłoczyńców.
Dla mnie pozycja obowiązkowa.


-
AreQ_BAH
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 1706
- Rejestracja: 01 stycznia 2008, 16:48
- Lokalizacja: Jarosław
- Kontakt:
-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
"THE ARTIST"
Zawsze uważałem, że jestem reinkarnacją Rudolpha Valentino - prawdziwym, śniadym darem dla kobiet. Amantem i wielkim kochankiem, który w turbanie wygląda lepiej niż większość terrorystów. Wielokrotnie też przećwiczyłem ten słynny gest, gdy władczo łapie się kobietę w pół i przechylając ją do tyłu łypie groźnie spod brwi. Co prawda zwykle po czymś takim dostawałem centralnie kolanem w krocze, ale to już nie moja wina. Kobiety w dzisiejszych czasach same nie wiedzą, co jest dla nich dobre i brutalnie tłamszą naszą męską pewność siebie. Tak jak moja luba, która twierdzi, że jeśli już jestem czyjąś reinkarnacją, to raczej Louisa de Funesa.
Gdyby oceniać dawne czasy tylko na podstawie filmów, można by dojść do wniosku, że kiedyś było lepiej. Świat był czarno-biały, więc wszelkie przykre dowody zdradzające kaca - czerwone poliki, przekrwawione oczy, trudniej było dostrzec. Gdyby sięgnąć po wcześniejsze produkcje, okazałoby się, że świat był również niemy. Och, jak pragnę, wyobrażacie sobie życie bez wiecznie pyskujących kobiet? To znaczy pyskować to może by i pyskowały, ale nosząc ze sobą plansze z napisami.
Do podobnych wniosków musieli dojść twórcy nowego filmu, o wdzięcznym tytule "Artysta". Całość zrealizowano w konwencji kina z lat 20-tych. Nie uświadczymy tu ani koloru, ani dźwięku. Historia opowiedziana tylko za pomocą obrazu oraz nielicznych przerywników z napisami, skupia się na największym bożyszczu filmowego świata, uwielbianym aktorze, który na skutek kinematograficznej rewolucji i pojawienia się filmu dźwiękowego traci swój status i fanów. Czeka nas nieco nostalgiczna podróż w przeszłość, gdy za prawdziwe emocje na ekranie odpowiedzialny był tylko aktor i jego mimika, a nie komputery i 3D. Kto się nie może już doczekać?
Zawsze uważałem, że jestem reinkarnacją Rudolpha Valentino - prawdziwym, śniadym darem dla kobiet. Amantem i wielkim kochankiem, który w turbanie wygląda lepiej niż większość terrorystów. Wielokrotnie też przećwiczyłem ten słynny gest, gdy władczo łapie się kobietę w pół i przechylając ją do tyłu łypie groźnie spod brwi. Co prawda zwykle po czymś takim dostawałem centralnie kolanem w krocze, ale to już nie moja wina. Kobiety w dzisiejszych czasach same nie wiedzą, co jest dla nich dobre i brutalnie tłamszą naszą męską pewność siebie. Tak jak moja luba, która twierdzi, że jeśli już jestem czyjąś reinkarnacją, to raczej Louisa de Funesa.
Gdyby oceniać dawne czasy tylko na podstawie filmów, można by dojść do wniosku, że kiedyś było lepiej. Świat był czarno-biały, więc wszelkie przykre dowody zdradzające kaca - czerwone poliki, przekrwawione oczy, trudniej było dostrzec. Gdyby sięgnąć po wcześniejsze produkcje, okazałoby się, że świat był również niemy. Och, jak pragnę, wyobrażacie sobie życie bez wiecznie pyskujących kobiet? To znaczy pyskować to może by i pyskowały, ale nosząc ze sobą plansze z napisami.
Do podobnych wniosków musieli dojść twórcy nowego filmu, o wdzięcznym tytule "Artysta". Całość zrealizowano w konwencji kina z lat 20-tych. Nie uświadczymy tu ani koloru, ani dźwięku. Historia opowiedziana tylko za pomocą obrazu oraz nielicznych przerywników z napisami, skupia się na największym bożyszczu filmowego świata, uwielbianym aktorze, który na skutek kinematograficznej rewolucji i pojawienia się filmu dźwiękowego traci swój status i fanów. Czeka nas nieco nostalgiczna podróż w przeszłość, gdy za prawdziwe emocje na ekranie odpowiedzialny był tylko aktor i jego mimika, a nie komputery i 3D. Kto się nie może już doczekać?


-
asd
Wskaż do odpowiedzi - ZAŁOŻYCIEL
-
Expert
- Posty: 13028
- Rejestracja: 17 listopada 2007, 23:25
- Płeć: Mężczyzna
- Ulubiony Serial: Rescue Me
- Lokalizacja: UE
A CITY TO MAKE ME

Kolejny projekt VODO - film wyprodukowany w całości ze środków zebranych od darczyńców. Dystrybucja - kanał internetowy + nie wiadomo jeszcze. Poprzednie produkcje - Pioneer One, A Lonely Place for Dying czy też Zenith pokazały, że można jednak stworzyć porządną produkcję i na niej zarobić pomimo, że KAŻDY może ją sobie za darmo i legalnie ściągnąć i internetu.
Akcja filmu będzie się rozgrywać w futurystycznej przyszłości, gdzie informacja jest źródłem władzy.
Będzie to opowieść o psychologicznej stronie człowieka, który wplątany w polityczne meandry staje się "Transhumanem" - człowiekiem przechowującym istotne dane, które mogą zmienić dotychczasowy świat.
Nie trudno uniknąć skojarzeń z Impostorem - typowo "Dickowskie" klimaty - zapowiada się więc uczta!
Jeśli film będzie emitowany "po kawałku" co jest wysoce prawdopodobne to będzie w (XviD asd).
Premiera 2012/13
http://acitytomakeme.blogspot.com/
http://vodo.net/acitytomakeme

Kolejny projekt VODO - film wyprodukowany w całości ze środków zebranych od darczyńców. Dystrybucja - kanał internetowy + nie wiadomo jeszcze. Poprzednie produkcje - Pioneer One, A Lonely Place for Dying czy też Zenith pokazały, że można jednak stworzyć porządną produkcję i na niej zarobić pomimo, że KAŻDY może ją sobie za darmo i legalnie ściągnąć i internetu.
Akcja filmu będzie się rozgrywać w futurystycznej przyszłości, gdzie informacja jest źródłem władzy.
Będzie to opowieść o psychologicznej stronie człowieka, który wplątany w polityczne meandry staje się "Transhumanem" - człowiekiem przechowującym istotne dane, które mogą zmienić dotychczasowy świat.
Nie trudno uniknąć skojarzeń z Impostorem - typowo "Dickowskie" klimaty - zapowiada się więc uczta!
Jeśli film będzie emitowany "po kawałku" co jest wysoce prawdopodobne to będzie w (XviD asd).
Premiera 2012/13
http://acitytomakeme.blogspot.com/
http://vodo.net/acitytomakeme

-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:

"LOVE"
Po niespodziewanej utracie łączności z Ziemią Lee Miller zostaje uwięziony w orbitującej stacji kosmicznej. Osamotniony w bezkresnej czerni kosmosu, walcząc z awariami kolejnych modułów podtrzymywania życia, powoli popada w obłęd. Fragmenty czytanego pamiętnika, który spisał uczestnik wojny secesyjnej, zaczynają mu się mieszać z własnymi przeżyciami.
Film ma być swoistą podróżą w głąb psychiki człowieka. Badać granice cierpienia, samotności oraz ogólnej kondycji rodzaju ludzkiego. No cóż, bardzo ambitny cel w klaustrofobicznej scenerii. W produkcję tego dzieła mocno zaplątana jest rockowa kapela - Angels & Airwaves. Szczerze mówiąc, nie byłaby to dla mnie specjalna zachęta, bo twórczość tego zespołu mi wisi i powiewa. Na szczęście właśnie obejrzałem trailer i z miejsca nabrałem ogromnego smaka na ten film.
Dawno nie spotkałem się z tak plastycznymi obrazami. Tu niemal każdy kadr mógłby być cudowną fotografią, która porusza zmysły. Zwiastun skojarzył mi się z teledyskami zespołu 30 Seconds to Mars i już zaczynam rozgrzewać łącze, by pobrać z Sieci całość. Jeśli już nic innego, to przynajmniej nacieszę oczy.
/pisał NajPhil, a dla Loodki - Big LOVE i mały Wargazm


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
ROCK OF AGES
Fabuła filmu oparta jest na znanym musicalu o tym samym tytule. Akcja dzieje się w Mieście Aniołów w roku 1987 i opisuje losy dwójki młodych ludzi ścigających marzenie o wielkiej karierze muzyka rockowego. A wszystko przy dźwiękach największych hitów tamtego okresu, takich zespołów jak: Def Leppard, Joan Jett, Journey, Foreigner, Bon Jovi, REO Speedwagon, Twisted Sister, Poison czy Whitesnake.
W tle mamy też historię pewnego bożyszcza tłumów - w tej widowiskowej roli Tom Cruise, którego pijackie i seksualne wybryki poza sceną, a także prowokacyjne teksty piosenek spowodują palpitacje serca jednej z kościelnych działaczek, która zrobi wszystko, by nie dopuścić do koncertu w jej mieście.
Informacja o tym filmie, rozbujanym rockowymi przebojami i wypełnionym filmowymi gwiazdami, to wspaniała wiadomość dla wszystkich, którzy tęsknią za blichtrem, świecidełkami, tanim makijażem i tapirowanymi włosami typowymi dla lat osiemdziesiątych. Normalnie wkładam getry, stawiam włosy na jajko i pędzę do kina.
Fabuła filmu oparta jest na znanym musicalu o tym samym tytule. Akcja dzieje się w Mieście Aniołów w roku 1987 i opisuje losy dwójki młodych ludzi ścigających marzenie o wielkiej karierze muzyka rockowego. A wszystko przy dźwiękach największych hitów tamtego okresu, takich zespołów jak: Def Leppard, Joan Jett, Journey, Foreigner, Bon Jovi, REO Speedwagon, Twisted Sister, Poison czy Whitesnake.
W tle mamy też historię pewnego bożyszcza tłumów - w tej widowiskowej roli Tom Cruise, którego pijackie i seksualne wybryki poza sceną, a także prowokacyjne teksty piosenek spowodują palpitacje serca jednej z kościelnych działaczek, która zrobi wszystko, by nie dopuścić do koncertu w jej mieście.
Informacja o tym filmie, rozbujanym rockowymi przebojami i wypełnionym filmowymi gwiazdami, to wspaniała wiadomość dla wszystkich, którzy tęsknią za blichtrem, świecidełkami, tanim makijażem i tapirowanymi włosami typowymi dla lat osiemdziesiątych. Normalnie wkładam getry, stawiam włosy na jajko i pędzę do kina.


-
piotr_cebo
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 1514
- Rejestracja: 25 grudnia 2007, 15:14
- Lokalizacja: Kraków
HOBBIT
Tym razem ja coś napiszę. Dzisiaj w nocy pojawił się zwiastun, na który czekałem jak nigdy nie czekałem na żaden inny. Biorąc pod uwagę, że film wyjdzie dopiero za rok to moje czekanie trochę się jeszcze przedłuży, niestety... Ale po tym co dzisiaj zobaczyłem wiem, że warto. Dziękuję producentom, że po tym wielkim zamieszaniu z reżyserami postawili na Jacksona, to jest już jego świat, może nawet tak jak to świat Tolkiena. Zwiastun to mistrzostwo świata, genialne zdjęcia, genialna muzyka, nie wspominając o krasnoludzkiej piosence. Gratulacje!
Tym razem ja coś napiszę. Dzisiaj w nocy pojawił się zwiastun, na który czekałem jak nigdy nie czekałem na żaden inny. Biorąc pod uwagę, że film wyjdzie dopiero za rok to moje czekanie trochę się jeszcze przedłuży, niestety... Ale po tym co dzisiaj zobaczyłem wiem, że warto. Dziękuję producentom, że po tym wielkim zamieszaniu z reżyserami postawili na Jacksona, to jest już jego świat, może nawet tak jak to świat Tolkiena. Zwiastun to mistrzostwo świata, genialne zdjęcia, genialna muzyka, nie wspominając o krasnoludzkiej piosence. Gratulacje!
-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
MS ONE: MAXIMUM SECURITY
Cyniczni twardziele, oj tak, to właśnie ten rodzaj bohatera, który od dziecka najbardziej mi imponował i mnie ukształtował. Dlatego zwykle się nie golę, przez cały dzień chodzę nawalony albo nieludzko skacowany - obie formy przemieszczania się są tu dopuszczalne - a spotkawszy jakiegoś upierdliwca strzelam go na dzień dobry w pysk i rzucam chwytliwym hasłem typu: "Skoro jesteś już zgięty, to przy okazji cmoknij mnie w dupę".
Jednak z tym piciem to sprawa jest śliska, bo kiedy trafi się na fajny trailer, to zamiast zabrać się za pisanie, człowiek musi najpierw pozbyć się z zasięgu wzroku butelczyny. Wyniosłem koniaczek do łazienki, bo pod wpływem alkoholu, to mi tylko serenady dobrze wychodzą. Zjadłem coś porządnego i czekałem na natchnienie. A natchnienie ma to do siebie, że albo ma ochotę na figle i bez pardonu ładuje ci łapkę w rozporek tak, że człowiek ledwo za klawiaturę zdąży złapać, albo strzela focha i żadne prośby, groźby ani obietnice kupienia nowych bucików tu nie pomogą.
Siedziałem i czekałem, a tymczasem koniaczek zaczął mi z kibla czynić nieprzystojne propozycje. W obawie, że za chwile znajdę się z nim w jakiejś kompromitującej pozycji, zacisnąłem pięści, zagryzłem zęby i napiąłem całe muskularne ciało. Nota bene dla przygodnego obserwatora moje sylwetka jest całkiem przeciętna, ale to tylko pozory, po prostu rzadko mi się chce cokolwiek napinać.
Nagle mnie olśniło, widać napiąłem sobie także coś we łbie albo pomogła perspektywa, że jak tylko skończę będę mógł bez wyrzutów sumienia zagrać hejnał na butelce. Przecież to nowy film Luca Bessona i od tego trzeba zacząć. Co prawda są ludzie, którzy nie trawią jego filmów, ale to tak, jak dyskutowanie z głupkiem o koronkach, kiedy on cały czas się upiera, że to same dziury.
Dodać trzeba, że to będzie widowiskowe kino SF, które co prawda bez wazeliny zżyna ze starego hitu "Ucieczka z Nowego Jorku", ale robi to w dobrym stylu. Oto wysoko wyspecjalizowane więzienie na ziemskiej orbicie. Trzymają tam tylko największych zakapiorów oraz fanów hip-hopu. W trakcie wizytacji dokonywanej przez córkę Prezydenta więźniowie przeprowadzają bunt i przejmują kontrolę nad całą placówką. Jedyną szansą na odbicie dziewczyny jest oskarżony o szpiegostwo nasz cyniczny twardziel. W tej roli Guy Pearce, który niespecjalnie mi pasuje do roli swoistego Snake'a Plisskena, ale jak widać w trailerze ma sporo zabawnych tekstów. W obsadzie znajdziemy także śliczną Maggie Grace, która niezwykle mi zaimponowała rolą w filmie "Uprowadzona". Otóż w wieku lat prawie 30. z powodzeniem zagrała niepełnoletnią córkę Liama Nessona - mniam i pycha.
Zdrówko!
A dla Moni - Śliczny strój rusałki, którą nawiedzają przystojni trzej królowie.
Cyniczni twardziele, oj tak, to właśnie ten rodzaj bohatera, który od dziecka najbardziej mi imponował i mnie ukształtował. Dlatego zwykle się nie golę, przez cały dzień chodzę nawalony albo nieludzko skacowany - obie formy przemieszczania się są tu dopuszczalne - a spotkawszy jakiegoś upierdliwca strzelam go na dzień dobry w pysk i rzucam chwytliwym hasłem typu: "Skoro jesteś już zgięty, to przy okazji cmoknij mnie w dupę".
Jednak z tym piciem to sprawa jest śliska, bo kiedy trafi się na fajny trailer, to zamiast zabrać się za pisanie, człowiek musi najpierw pozbyć się z zasięgu wzroku butelczyny. Wyniosłem koniaczek do łazienki, bo pod wpływem alkoholu, to mi tylko serenady dobrze wychodzą. Zjadłem coś porządnego i czekałem na natchnienie. A natchnienie ma to do siebie, że albo ma ochotę na figle i bez pardonu ładuje ci łapkę w rozporek tak, że człowiek ledwo za klawiaturę zdąży złapać, albo strzela focha i żadne prośby, groźby ani obietnice kupienia nowych bucików tu nie pomogą.
Siedziałem i czekałem, a tymczasem koniaczek zaczął mi z kibla czynić nieprzystojne propozycje. W obawie, że za chwile znajdę się z nim w jakiejś kompromitującej pozycji, zacisnąłem pięści, zagryzłem zęby i napiąłem całe muskularne ciało. Nota bene dla przygodnego obserwatora moje sylwetka jest całkiem przeciętna, ale to tylko pozory, po prostu rzadko mi się chce cokolwiek napinać.
Nagle mnie olśniło, widać napiąłem sobie także coś we łbie albo pomogła perspektywa, że jak tylko skończę będę mógł bez wyrzutów sumienia zagrać hejnał na butelce. Przecież to nowy film Luca Bessona i od tego trzeba zacząć. Co prawda są ludzie, którzy nie trawią jego filmów, ale to tak, jak dyskutowanie z głupkiem o koronkach, kiedy on cały czas się upiera, że to same dziury.
Dodać trzeba, że to będzie widowiskowe kino SF, które co prawda bez wazeliny zżyna ze starego hitu "Ucieczka z Nowego Jorku", ale robi to w dobrym stylu. Oto wysoko wyspecjalizowane więzienie na ziemskiej orbicie. Trzymają tam tylko największych zakapiorów oraz fanów hip-hopu. W trakcie wizytacji dokonywanej przez córkę Prezydenta więźniowie przeprowadzają bunt i przejmują kontrolę nad całą placówką. Jedyną szansą na odbicie dziewczyny jest oskarżony o szpiegostwo nasz cyniczny twardziel. W tej roli Guy Pearce, który niespecjalnie mi pasuje do roli swoistego Snake'a Plisskena, ale jak widać w trailerze ma sporo zabawnych tekstów. W obsadzie znajdziemy także śliczną Maggie Grace, która niezwykle mi zaimponowała rolą w filmie "Uprowadzona". Otóż w wieku lat prawie 30. z powodzeniem zagrała niepełnoletnią córkę Liama Nessona - mniam i pycha.
Zdrówko!
A dla Moni - Śliczny strój rusałki, którą nawiedzają przystojni trzej królowie.


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
WE ARE LEGION: The Story of the Hacktivists
Film dokumentalny mówiący o genezie powstania oraz przyczynach ogromnego wzrostu popularności grupy, która określa się mianem Anonimowych. Ich założeniem jest obrona wolności słowa, wyznania czy poglądów. Terenem działań - Internet oraz ulica. Charakterystycznym atrybutem są maski związane z bohaterem "spisku prochowego" - Guy Fawkesem oraz filmem "V for Vendetta", z którego Anonimowi zaczerpnęli wiele swoich haseł - "Nie można zabić idei" oraz "To nie naród powinien bać się Rządu, tylko Rząd powinien bać się narodu".
Do każdego oddolnego ruchu społecznego, który nie zamierza wiązać się z żadnym ugrupowaniem politycznym, jestem przychylnie nastawiony. Jednak oglądając trailer do filmu, trudno nie odnieść wrażenia, że to nie będzie obiektywne spojrzenie na zjawisko. Nie dowiemy się tu o możliwych zagrożeniach czy nadużyciach. Dostaniemy za to próbę udowodnienia z góry założonej tezy, więc to bardziej tuba propagandowa niż film stricte dokumentalny. Ale obejrzeć warto.
Film dokumentalny mówiący o genezie powstania oraz przyczynach ogromnego wzrostu popularności grupy, która określa się mianem Anonimowych. Ich założeniem jest obrona wolności słowa, wyznania czy poglądów. Terenem działań - Internet oraz ulica. Charakterystycznym atrybutem są maski związane z bohaterem "spisku prochowego" - Guy Fawkesem oraz filmem "V for Vendetta", z którego Anonimowi zaczerpnęli wiele swoich haseł - "Nie można zabić idei" oraz "To nie naród powinien bać się Rządu, tylko Rząd powinien bać się narodu".
Do każdego oddolnego ruchu społecznego, który nie zamierza wiązać się z żadnym ugrupowaniem politycznym, jestem przychylnie nastawiony. Jednak oglądając trailer do filmu, trudno nie odnieść wrażenia, że to nie będzie obiektywne spojrzenie na zjawisko. Nie dowiemy się tu o możliwych zagrożeniach czy nadużyciach. Dostaniemy za to próbę udowodnienia z góry założonej tezy, więc to bardziej tuba propagandowa niż film stricte dokumentalny. Ale obejrzeć warto.


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
OJ, BĘDZIE GRUBO...
GOD BLESS AMERICA (2012)
Denerwują Cię ludzie, którzy nie umieją zaparkować, chamscy kierowcy? Wkurzają telewizyjne reklamy, hejtersi nienawidzący wszystkich, głupi celebryci popularni tylko dlatego, że są głupi? A może do szału doprowadzają Cię rozkapryszone nastolatki, wpadające w histerię, bo na urodziny dostały zły model luksusowego samochodu?
Franka to wszystko wkurwiało na maksa, a że dużo życia mu już nie zostało, postanowił przysłużyć się społeczeństwu i zająć się tymi problemami przy użyciu... pistoletu. Taka swoista lista rzeczy, które warto zrobić przed śmiercią. Myślę, że każdy z nas ma taką listę i czasem z lubością fantazjuje o metodzie Franka.
Film jest w lekkim i niezobowiązującym klimacie, przez co z dużą sympatią obserwujemy głównego bohatera robiącego "porządek". Z drugiej strony, wydaje się to być dość niebezpieczną formą igrania z widzem. Szczególnie tym bardzo młodym lub niezrównoważonym. Na szczęście ja taki nie jestem, mogę śmiało film obejrzeć i absolutnie nie ma niebezpieczeństwa, że po seansie przyjdzie mi do głowy zatłuc swojego szefa zdechłą wiewiórką. No, prawie nie ma.
GOD BLESS AMERICA (2012)
Denerwują Cię ludzie, którzy nie umieją zaparkować, chamscy kierowcy? Wkurzają telewizyjne reklamy, hejtersi nienawidzący wszystkich, głupi celebryci popularni tylko dlatego, że są głupi? A może do szału doprowadzają Cię rozkapryszone nastolatki, wpadające w histerię, bo na urodziny dostały zły model luksusowego samochodu?
Franka to wszystko wkurwiało na maksa, a że dużo życia mu już nie zostało, postanowił przysłużyć się społeczeństwu i zająć się tymi problemami przy użyciu... pistoletu. Taka swoista lista rzeczy, które warto zrobić przed śmiercią. Myślę, że każdy z nas ma taką listę i czasem z lubością fantazjuje o metodzie Franka.
Film jest w lekkim i niezobowiązującym klimacie, przez co z dużą sympatią obserwujemy głównego bohatera robiącego "porządek". Z drugiej strony, wydaje się to być dość niebezpieczną formą igrania z widzem. Szczególnie tym bardzo młodym lub niezrównoważonym. Na szczęście ja taki nie jestem, mogę śmiało film obejrzeć i absolutnie nie ma niebezpieczeństwa, że po seansie przyjdzie mi do głowy zatłuc swojego szefa zdechłą wiewiórką. No, prawie nie ma.


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
Polskie kino leży i ssie. Przynajmniej to rozrywkowe, bo ambitne filmy jakoś sobie jeszcze radzą. Dawno się poddałem i przestałem zwracać uwagę na hucznie zapowiadane premiery. Szczególnie te współfinansowane przez TVN. Teraz jednak pojawiły się dwa tytuły, których zwiastuny przykuły moją uwagę. Nie zamierzam się jednak wgryzać w temat i jakoś o nich rozpisywać, bo znając życie, i tak się rozczaruję.
SĘP
To ma być thriller sensacyjny z prawdziwego zdarzenia. W końcu coś na poziomie dobrego kina amerykańskiego. Nakręcony z rozmachem, z oryginalnym scenariuszem, sporą ilością zaskakujących zwrotów akcji oraz przede wszystkim ze świetnymi zdjęciami. To ostatnie rzeczywiście daje się już zauważyć w trailerze - klimatyczne ujęcia i w końcu dobre filtry sprawiają, że pewnie po ten film sięgnę.
HANS KLOSS - Stawka większa niż śmierć.
W nosie mam wszystkich tych, którzy wiecznie narzekają na odgrzewane kotlety. Jak film jest dobrze zrobiony, to chętnie obejrzę starą historię podaną w nowy sposób. A tu za scenariusz odpowiedzialny jest pan Pasikowski, a reżyserem jest Patryk Vega - jeden z nielicznych polskich reżyserów, którego cenię. Dodatkowym smaczkiem jest obecność oryginalnych aktorów grających w telewizyjnym serialu. O ile dobrze zrozumiałem, będą oni odgrywać te same postacie, ale już w czasach bardziej współczesnych. Niestety pozostała obsada jest dla mnie nie do przełknięcia. Tomasz Kot jako młody Hans Kloss i Piotr Adamczyk jako Brunner to dla mnie za dużo. A przecież można było wziąć młodych, może nawet debiutujących aktorów, których twarze nie są już tak bardzo opatrzone.
UWAGA! W obu filmach nie ma w obsadzie Karolaka i Szyca. Dzięki chociaż za to!
SĘP
To ma być thriller sensacyjny z prawdziwego zdarzenia. W końcu coś na poziomie dobrego kina amerykańskiego. Nakręcony z rozmachem, z oryginalnym scenariuszem, sporą ilością zaskakujących zwrotów akcji oraz przede wszystkim ze świetnymi zdjęciami. To ostatnie rzeczywiście daje się już zauważyć w trailerze - klimatyczne ujęcia i w końcu dobre filtry sprawiają, że pewnie po ten film sięgnę.
HANS KLOSS - Stawka większa niż śmierć.
W nosie mam wszystkich tych, którzy wiecznie narzekają na odgrzewane kotlety. Jak film jest dobrze zrobiony, to chętnie obejrzę starą historię podaną w nowy sposób. A tu za scenariusz odpowiedzialny jest pan Pasikowski, a reżyserem jest Patryk Vega - jeden z nielicznych polskich reżyserów, którego cenię. Dodatkowym smaczkiem jest obecność oryginalnych aktorów grających w telewizyjnym serialu. O ile dobrze zrozumiałem, będą oni odgrywać te same postacie, ale już w czasach bardziej współczesnych. Niestety pozostała obsada jest dla mnie nie do przełknięcia. Tomasz Kot jako młody Hans Kloss i Piotr Adamczyk jako Brunner to dla mnie za dużo. A przecież można było wziąć młodych, może nawet debiutujących aktorów, których twarze nie są już tak bardzo opatrzone.
UWAGA! W obu filmach nie ma w obsadzie Karolaka i Szyca. Dzięki chociaż za to!


-
najphil
Wskaż do odpowiedzi - Expert
- Posty: 2148
- Rejestracja: 24 czerwca 2009, 18:32
- Lokalizacja: Faroes Island
- Kontakt:
GET THE GRINGO
Uwielbiam Mela Gibsona i, szczerze mówiąc, mam głęboko gdzieś wszystkie te negatywne opinie na jego temat. Jednak Hollywood nie wybacza i chłopak ma coraz większe problemy ze zdobyciem funduszy, dobraniem obsady i współpracą z filmowymi studiami. Stał się outsiderem, czy wręcz pariasem, z którym nikt nie chce pracować. A kij im w oko! Facet ma dość charyzmy, by samemu dźwignąć każdą produkcję. Tak jest w przypadku najnowszego filmu z Melem w roli głównej. Gdy zaczęły się przepychanki z dystrybutorami, pokazano wszystkim "faka" i zamiast w kinach produkcja ta będzie miała premierę bezpośrednio w VOD. Trzeba przyznać, bardzo odważna strategia i gorąco trzymam kciuki, żeby się udało zagrać buraczanemu establishmentowi na nosie.
A jest ku temu nadzieja, bo trailer wygląda świetnie. Sposób narracji od razu przypomniał mi jeden z moich ulubionych filmów - "Godzina zemsty". Ten sam rodzaj twardego i cynicznego bohatera, choć niepozbawionego gorzkiego poczucia humoru. Do tego autentyczne plenery więzienia w Meksyku i sporo mordobicia, strzelanin i chwytliwych tekstów. Czego chcieć więcej od kina rozrywkowego? Moim zdaniem będzie hit i już się nie mogę doczekać maja.
A dla Loodki - zielony berecik, bo jest czadowy.
-- 19.05.2012 21:16 --

THE GANGSTER SQUAD
Pojawił się trailer filmu, na który będę czekał z ogromnymi nadziejami i jeszcze większą niecierpliwością. "The Gangster Squad" ma opowiadać o walce, jaką we wczesnych latach pięćdziesiątych XX wieku stoczyły siły policyjne z mafijną organizacją Mickeya Cohena w Los Angeles.
Sam Cohen jest postacią jak najbardziej autentyczną i niezwykle barwną. Urodzony w Brooklynie, jako dzieciak służył w tamtejszych strukturach żydowskiej mafii, później zaczął całkiem udaną karierę zawodowego boksera i już jako zaledwie osiemnastoletni chłopak został wystawiony do walki o mistrzowski pas wagi lekkiej. Przegrał tę walkę sromotnie, doznając ciężkiego nokautu w pierwszej rundzie. Od tego momentu Mickey zajął się na poważnie już tylko swoją karierą przestępczą, szybko zdobywając uznanie i szacunek w środowisku. Zaczął pracować dla największych - Ala Capone i Meyera Lansky'ego, i to na polecenie tego drugiego w połowie lat czterdziestych przejął nadzór nad interesami w niezbyt wówczas istotnym dla mafii mieście - Los Angeles.
W ciągu kilku lat Mickey zbudował tam przestępcze imperium, które dorównywało temu z Chicago. Kontrolował wszystko, od prostytucji po handel bronią i narkotykami. Miał powiązania zarówno z politykami i prokuratorami, jak i ze światem showbiznesu. Do tego lubił się pokazywać w towarzystwie dyrektorów wytwórni filmowych, jak i gwiazd ekranu. W jego kieszeni było wiekszość szefów policji, a reszta bała się z nim zadzierać. Eldorado trwało do czasu, gdy mały, specjalnie wydzielony oddział policji zajął się zbieraniem dowodów przeciwko niemu i choć nie można go było skazać za przestępstwa kryminalne, udało się go w końcu osadzić w Alcatraz za niepłacenie podatków. Mickey zmarł we śnie w 1976 roku, w wieku 63 lat.
Uwielbiam filmy, które opowiadają o tamtym okresie świetności tej filmowej krainy. Takie pozycje jak: "Mulholland Falls", "Black Dahlia", "Hollywoodland" zajmują bardzo wysoką pozycję w mojej prywatnej kolekcji oryginalnych wydań DVD. Ale oczywiście największy sentyment mam do filmu "L.A. Confidential", w którym także jest mowa o panu Cohenie, ale akcja dzieje się już po tym, jak trafił on do więzienia.
"The Gangster Squad" - premiera we wrześniu - ma opowiadać historię tej wydzielonej grupy twardych policjantów, której jedynym celem było doprowadzenie do całkowitego zniszczenia mafii rządzonej przez Mickeya Cohena. Reżyserem filmu jest Ruben Fleischer, który ma na swoim koncie całkiem udany "Zombieland" oraz wręcz tragiczny "30 Minutes or Less". Nie jest to może zbyt optymistyczna informacja, ale mogło być gorzej, Za to w obsadzie same gwiazdy, i to w imponującej ilości. Mnie najbardziej ucieszył udział Nicka Nolte’a, Seana Penna oraz Ryana Goslinga, a przecież u ich boku zobaczymy także Emmę Stone, Josha Brolina, Giovanniego Ribisi czy znaną z serialu "The Killing" - Mireille Enos. Lepiej być nie może.
Trailer wygląda naprawdę nieźle, widać dużą dbałość o szczegóły, jeśli chodzi o oddanie klimatu tamtych czasów, wyglądu miasta, samochodów czy strojów. Niestety, jak to zwykle bywa, radość nie może być pełna i ogólny odbiór psują dwa szczegóły. W trakcie oglądania zwiastuna w pewnym momencie słyszymy piosenkę hiphopową. Ja pierdzielę, bardziej zimnego kubła wody nie można było na mnie wylać. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko bezsensowny chwyt związany z samym trailerem i że już w filmie nic takiego nie usłyszymy.
Druga sprawa, to te cholerne przekłamywanie rzeczywistości, które od pewnego czasu oglądamy w hollywoodzkich produkcjach dotyczące obowiązkowego udziału czarnych aktorów w każdej produkcji. W obawie, że film będzie uznany za "zbyt biały" w roli jednego z oficerów policji widzimy czarnoskórego Anthony'ego Mackie’ego. Wspomniany "L.A. Confidential" był kręcony w latach dziewięćdziesiątych i na szczęście nie musiał ulegać takim debilnym presjom, każącym wyprzedzać faktyczny proces integracji rasowej o całe dziesięciolecie. No, ale trudno, jakoś to przeboleję.
~ A dla Loodki - Skrzynka przemycanego alkoholu, odrobina nielegalnego hazardu i dwa magazynki do Tommy Guna. BUZIAK!
Uwielbiam Mela Gibsona i, szczerze mówiąc, mam głęboko gdzieś wszystkie te negatywne opinie na jego temat. Jednak Hollywood nie wybacza i chłopak ma coraz większe problemy ze zdobyciem funduszy, dobraniem obsady i współpracą z filmowymi studiami. Stał się outsiderem, czy wręcz pariasem, z którym nikt nie chce pracować. A kij im w oko! Facet ma dość charyzmy, by samemu dźwignąć każdą produkcję. Tak jest w przypadku najnowszego filmu z Melem w roli głównej. Gdy zaczęły się przepychanki z dystrybutorami, pokazano wszystkim "faka" i zamiast w kinach produkcja ta będzie miała premierę bezpośrednio w VOD. Trzeba przyznać, bardzo odważna strategia i gorąco trzymam kciuki, żeby się udało zagrać buraczanemu establishmentowi na nosie.
A jest ku temu nadzieja, bo trailer wygląda świetnie. Sposób narracji od razu przypomniał mi jeden z moich ulubionych filmów - "Godzina zemsty". Ten sam rodzaj twardego i cynicznego bohatera, choć niepozbawionego gorzkiego poczucia humoru. Do tego autentyczne plenery więzienia w Meksyku i sporo mordobicia, strzelanin i chwytliwych tekstów. Czego chcieć więcej od kina rozrywkowego? Moim zdaniem będzie hit i już się nie mogę doczekać maja.
A dla Loodki - zielony berecik, bo jest czadowy.
-- 19.05.2012 21:16 --

THE GANGSTER SQUAD
Pojawił się trailer filmu, na który będę czekał z ogromnymi nadziejami i jeszcze większą niecierpliwością. "The Gangster Squad" ma opowiadać o walce, jaką we wczesnych latach pięćdziesiątych XX wieku stoczyły siły policyjne z mafijną organizacją Mickeya Cohena w Los Angeles.
Sam Cohen jest postacią jak najbardziej autentyczną i niezwykle barwną. Urodzony w Brooklynie, jako dzieciak służył w tamtejszych strukturach żydowskiej mafii, później zaczął całkiem udaną karierę zawodowego boksera i już jako zaledwie osiemnastoletni chłopak został wystawiony do walki o mistrzowski pas wagi lekkiej. Przegrał tę walkę sromotnie, doznając ciężkiego nokautu w pierwszej rundzie. Od tego momentu Mickey zajął się na poważnie już tylko swoją karierą przestępczą, szybko zdobywając uznanie i szacunek w środowisku. Zaczął pracować dla największych - Ala Capone i Meyera Lansky'ego, i to na polecenie tego drugiego w połowie lat czterdziestych przejął nadzór nad interesami w niezbyt wówczas istotnym dla mafii mieście - Los Angeles.
W ciągu kilku lat Mickey zbudował tam przestępcze imperium, które dorównywało temu z Chicago. Kontrolował wszystko, od prostytucji po handel bronią i narkotykami. Miał powiązania zarówno z politykami i prokuratorami, jak i ze światem showbiznesu. Do tego lubił się pokazywać w towarzystwie dyrektorów wytwórni filmowych, jak i gwiazd ekranu. W jego kieszeni było wiekszość szefów policji, a reszta bała się z nim zadzierać. Eldorado trwało do czasu, gdy mały, specjalnie wydzielony oddział policji zajął się zbieraniem dowodów przeciwko niemu i choć nie można go było skazać za przestępstwa kryminalne, udało się go w końcu osadzić w Alcatraz za niepłacenie podatków. Mickey zmarł we śnie w 1976 roku, w wieku 63 lat.
Uwielbiam filmy, które opowiadają o tamtym okresie świetności tej filmowej krainy. Takie pozycje jak: "Mulholland Falls", "Black Dahlia", "Hollywoodland" zajmują bardzo wysoką pozycję w mojej prywatnej kolekcji oryginalnych wydań DVD. Ale oczywiście największy sentyment mam do filmu "L.A. Confidential", w którym także jest mowa o panu Cohenie, ale akcja dzieje się już po tym, jak trafił on do więzienia.
"The Gangster Squad" - premiera we wrześniu - ma opowiadać historię tej wydzielonej grupy twardych policjantów, której jedynym celem było doprowadzenie do całkowitego zniszczenia mafii rządzonej przez Mickeya Cohena. Reżyserem filmu jest Ruben Fleischer, który ma na swoim koncie całkiem udany "Zombieland" oraz wręcz tragiczny "30 Minutes or Less". Nie jest to może zbyt optymistyczna informacja, ale mogło być gorzej, Za to w obsadzie same gwiazdy, i to w imponującej ilości. Mnie najbardziej ucieszył udział Nicka Nolte’a, Seana Penna oraz Ryana Goslinga, a przecież u ich boku zobaczymy także Emmę Stone, Josha Brolina, Giovanniego Ribisi czy znaną z serialu "The Killing" - Mireille Enos. Lepiej być nie może.
Trailer wygląda naprawdę nieźle, widać dużą dbałość o szczegóły, jeśli chodzi o oddanie klimatu tamtych czasów, wyglądu miasta, samochodów czy strojów. Niestety, jak to zwykle bywa, radość nie może być pełna i ogólny odbiór psują dwa szczegóły. W trakcie oglądania zwiastuna w pewnym momencie słyszymy piosenkę hiphopową. Ja pierdzielę, bardziej zimnego kubła wody nie można było na mnie wylać. Pozostaje mieć nadzieję, że to tylko bezsensowny chwyt związany z samym trailerem i że już w filmie nic takiego nie usłyszymy.
Druga sprawa, to te cholerne przekłamywanie rzeczywistości, które od pewnego czasu oglądamy w hollywoodzkich produkcjach dotyczące obowiązkowego udziału czarnych aktorów w każdej produkcji. W obawie, że film będzie uznany za "zbyt biały" w roli jednego z oficerów policji widzimy czarnoskórego Anthony'ego Mackie’ego. Wspomniany "L.A. Confidential" był kręcony w latach dziewięćdziesiątych i na szczęście nie musiał ulegać takim debilnym presjom, każącym wyprzedzać faktyczny proces integracji rasowej o całe dziesięciolecie. No, ale trudno, jakoś to przeboleję.
~ A dla Loodki - Skrzynka przemycanego alkoholu, odrobina nielegalnego hazardu i dwa magazynki do Tommy Guna. BUZIAK!


Kto jest online
Użytkownicy przeglądający to forum: Obecnie na forum nie ma żadnego zarejestrowanego użytkownika i 2 gości